Alanya położona jest na przepięknym kawałku tureckiej ziemi. Jest spełnieniem marzeń zarówno dla miłośników morza, jak i gór. Znajdziemy tu wszystkie cuda natury! Niedawno napisałam przewodnik po Alanyi, który znajdziecie klikając TUTAJ. Teraz przyszła pora, abym oprowadziła Was po kolejnych miejscach, które po prostu trzeba zobaczyć! Przed Wami moje TOP 3 dookoła Alanyi.

Dim Çayı, czyli tarasy na rzece

Turcy doskonale wiedzą, jak wykorzystać cuda natury, którymi usiany jest ich kraj. Tak jak pisałam wcześniej, Alanya ma to szczęście, że jest położona w naprawdę pięknym miejscu, u styku gór Taurus, a przy tym nad samym morzem, dodatkowo – dookoła znajdują się jaskinie i rzeka! O rzece będzie teraz mowa.

Rzeka Dim po pierwsze i najważniejsze dostarcza świeżą wodę oraz energię dla mieszkańców, a wszystko to za sprawą ogromnej zapory wodnej, która znajduje się u jej ujścia. Rzeka spływa 60 km do Morza Śródziemnego, co można zauważyć na plaży w Oba. Ktoś wpadł na wspaniały pomysł, aby wykorzystać rzekę do celów turystycznych, i w ten sposób w górach powstała dzielnica Dim Çayı.

Jest to magiczne miejsce, przenoszące nas do dalekiej Azji. Nad rzeką wybudowano bowiem wiele restauracji, które wyróżniają się tym, że spędza się w nich czas siedząc na wodzie! Stworzono do tego specjalne platformy, na których można siedzieć, leżeć, wypoczywać do góry brzuchem, co tylko chcemy, byle przed wejściem zdjąć buty. Takich tarasów jest na Dim Çayı ogrom! Wchodząc do restauracji, możecie wybrać, czy chcecie siedzieć centralnie na wodzie, czy może wysoko na balkonach, aby podziwiać widoki. A widoki są przepiękne, bo przypominam, że jesteśmy w górach!

Zawsze obiecywałam turystom, że jedziemy do miejsca, gdzie mimo upału, odpoczną zarówno od wrażeń, jak i od stałego żaru panującego w mieście. Jest to prawda, bo ulgę czuć już w momencie, gdy schodzi się schodami na dół. Od razu czujemy świeże, rześkie, górskie powietrze i człowiekowi chce się żyć! Pomijając przyjemność, którą jest napełnienie żołądka, będziemy jeść w przepięknym miejscu, z jeszcze lepszym powietrzem. Dodatkowo można tu poszaleć w rzecznym parku wodnym.

Niestety, jest to atrakcja zarezerwowana dla najodważniejszych, którzy zimy się nie boją, bowiem woda w rzece ma 7 stopni! Turyści byli zachwyceni możliwością kąpieli po całodziennym zwiedzaniu, mina rzedła im jednak na myśl o temperaturze wody. Mimo to, paru śmiałków, którzy odważyli się skoczyć z rampy, czy zjechać na zjeżdżalni, prosto do lodowatej rzeki.

Nie lubicie zimna? Przecież Turcję wybiera się dla wczasów w ciepłym kraju, jeszcze nie oszaleliście, żeby się kąpać w zimnej rzece. Nic straconego! W restauracjach są też baseny. Po posiłku można sobie wskoczyć do cieplejszego basenu, a nawet poleżeć na leżaczku.

Dim Çayı został stworzony po to, aby Turcy mieli miejsce, w którym będzie można ukryć się przed upałami, które im też doskwierają. Bardzo szybko miejsce rozsławiło się wśród turystów, a teraz jest jednym z punktów wycieczek po Alanyi. Z tym, że turyści wpadają tu na godzinę i jadą dalej, lokalsi za to, spędzają tu całe dnie. Przyjeżdża się już rano na wielkie tureckie śniadanie, i tak już chilluje cały dzień.

Jeśli chodzi o menu lunchowe, to na Dim Çayı wygląda to tak, że czeka na Was szwedzki stół, wybieracie sobie jedno danie główne – rybę, bądź mięso Köfte i dobieracie do tego dodatki, które są nielimitowane. Jedzenie wprawdzie nie zachwyca, ale warto wybrać się tam dla samej przygody.

Warto choć raz w życiu zjeść obiad na rzece, zwłaszcza, że będąc w Alanyi macie taką okazję. Aby się tam udać, nie trzeba zamawiać wycieczki! Wystarczy, że wsiądziecie w miejski autobus numer 10, który zmierza w kierunku Dim Çayı. Restauracji jest mnóstwo, więc najlepiej przed wyjazdem sprawdźcie sobie w Internecie, która podoba Wam się najbardziej. Ja cały sezon spędziłam w miejscu, które nazywało się Ada Piknik.

Muzeum Oliwy, czyli przypadkowe odkrycie

Mieszkając w Oba, z okien naszego lokum widziałam dookoła góry. Były z każdej strony, niższe i wyższe. Od początku zastanawiało mnie, jak ludzie się mogli wybudować tak wysoko, co to za budynki, które widzę ze swojego tarasu, a co najważniejsze – jak się tam dostać. Jestem duchem podróżnika, wszędzie muszę wejść, sprawdzić, zapytać, dotrzeć. Pewnej wolnej niedzieli wymyśliłam więc, że spróbujemy dojść pieszo do gór, zobaczymy, ile w ogóle się da. Na każdej wycieczce jeździłam w góry autokarem, chociażby to wcześniej wspomnianego Dim Çayıu, ale tym razem chciałam dotrzeć tam na własną rękę.

Stwierdziliśmy, że najlepiej będzie kierować się prosto na północ, w stronę gór. Szliśmy najpierw chodnikami, które potem się skończyły i został nam tylko pas ulicy. Podążaliśmy cały czas prosto, i cały czas góry były daleko. Nagle zauważyłam znak, który wskazywał, że niedaleko znajduje się Muzeum Oliwy, o którego istnieniu w Alanyi nigdy nie słyszałam.

Wymyśliłam, że nie będziemy już tracić naszej wycieczki na podróż w nieznane, i pójdziemy zobaczyć, co to za muzeum. Okazało się, że musieliśmy iść parę kilometrów wiejskimi drogami, pośrodku niczego.

Opłacało się jednak zejść z głównej drogi, bo przed naszymi oczami ukazała się przepiękna i ogromna willa osmańska, podpisana jako muzeum. Co dziwne, willę otaczał wielki mur, a za jego bramą stali ochroniarze, cali na czarno z walkie talkie. Wyglądali, jakby chronili tutaj bossa mafii, więc nie ukrywam, że się trochę zlękłam. Powiedzieliśmy ochroniarzom, że przyszliśmy sobie zwiedzić muzeum i, czy w ogóle jest dziś taka możliwość (dookoła było pusto, żywej duszy brak). Na to pojawił się sam właściciel willi! Powiedział, że nas oprowadzi on sam.

Nie wiem, czy istnieją tam bilety wstępu i jeśli tak, to ile kosztują, bo Turek zrobił nam trip za free. Pokazał nam maszyny, począwszy od tych z czasów starożytności, wszystkie służyły do wyciskania oliwy z oliwek. Muzeum to tak naprawdę eksponaty wystawione w jego ogrodzie, ale ku naszemu zdziwieniu, oliwkowy boss zaprosił nas do środka willi.

Tam zaserwował nam degustację słodyczy, a co najpiękniejsze – WIN! Były to wina owocowe, jak z mojego ukochanego Şirince. Potem zaprowadził nas na kolejny poziom willi, tam znajdowały się kosmetyki z oliwek. Te wszystkie degustacje nie przebiją jednak widoku, który właściciel ma z tarasu! Nigdy w życiu nie byłam w tak pięknym domu, z takimi widokami!

Wyglądało tam, jak we Włoszech, taras z kamienia, pod nami piękny basen, dookoła pola oliwne, dalej góry, a gdy spojrzało się w drugą stronę, to z oddali było widać ląd i morze. Przecierałam oczy z wrażenia! Wyobrażacie sobie? Wyszliśmy po prostu na randomowy spacer, a znaleźliśmy się przez przypadek w domu marzeń. Jest to przykład na to, że czasem wystarczy wyjść z domu, aby przeżyć przygodę, po drugie, że świat jest piękny, a dookoła trafiają się przesympatyczni ludzie, jak oliwkowy boss!

Wrzucam Wam zdjęcie ulotki, okazało się, że chcąc zwiedzić muzeum, można umówić się na wizytę, a pod Wasz hotel zostanie wysłany transport. Czego chcieć więcej?

Kanion Sapadere, czyli górski cud natury

Jak sama nazwa wskazuje, jest to kanion, który znajduje się w górach Taurus, a dokładnie we wiosce Sapadere, w której prócz maleńkiego meczetu, nie ma nic.

Z góry uprzedzam, że tutaj autobusy miejskie już nie kursują, bo wyjeżdżamy 40 km na wschód od Alanyi. Jest to jednak miejsce, które trzeba zobaczyć! Chcąc zwiedzać na własną rękę, możecie wypożyczyć samochód, bądź zamówić taksówkę. Istnieje też wiele opcji wycieczek do tego miejsca, zarówno autokarowe z polskimi przewodnikami, jak i bardzo popularne jeep safari.

Na wycieczkach zwiedzicie jeszcze meczet we wiosce oraz Jaskinię Krasnoludów, ale główną i najpiękniejszą atrakcją jest KANION!

Mój pierwszy raz w Sapadere był dość nietypowy, ponieważ w niedzielę zostaliśmy wyciągnięci z basenu, aby pojechać w góry, bo Maciej miał zobaczyć miejsce, po którym w przyszłości miał oprowadzać. Pierwszy przystanek to punkt widokowy w górach. To jest nie do pomyślenia, że jesteśmy tak blisko morza, a jadąc dosłownie kawałek dalej widzimy szczyty wysokich gór. W Turcji niesamowite jest to, że w górach poprowadzone są drogi, i bez większego problemu można tam dojechać samochodem.

Droga do kanionu jest równie piękna, co kręta, widoki dookoła zapierają dech w piersiach, a serce co chwila zatrzymuje się ze strachu, gdy wzrok zejdzie na dół, w przepaść. Na miejscu musicie kupić bilet wstępu, aby móc udać się na spacer. Dalej czeka droga prowadząca do samego kanionu! Spacerujemy kładką, która ma 350 metrów długości.

Dookoła są akweny wodne, mini jeziora, wodospady, pod nami cały czas ciągnie się rwisty strumień rzeki. Co jakiś czas znajdują się zejścia z kładki, są to miejsca, w których można skorzystać z kąpieli wodnej, ale należy BARDZO uważać, bo wszędzie jest ślisko!

Ja wykąpałam się pod jednym z wodospadów, z czego jestem dumna po dziś dzień, bo woda miała 7 stopni. Jak to mówią, YOLO!

Maciej był odważniejszy i zrobił show dla turystów, wchodząc do głównego wodospadu, na samym końcu kanionu.

Powiem, choć w sumie napiszę tak. Kanion Sapadere, to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam w życiu. Jest tam po prostu magicznie, wyjątkowo! Góry kocham prawie tak samo, jak morze, więc będąc tam, za każdym razem byłam zachwycona.

Po pierwsze – kanion jest oazą świeżego i zimnego powietrza, wytchnieniem od męczących upałów.

Po drugie – jesteśmy w górach, dookoła są piękne wysokie szczyty, aż szyja boli od patrzenia w górę.

Po trzecie – wodospady i możliwość kąpieli pod nimi! Dla mnie był to pierwszy raz w życiu, a od zawsze o tym marzyłam!

Kanion Sapadere i góry Taurus, darzę takim samym wielkim uczuciem, co znajdujące się w Alanyi plaże. Największym szczęściem mieszkania w Turcji było dla mnie to, że miałam te cuda natury oba w tym samym miejscu i czasie! Kąpiąc się w morzu widziałam góry, a wchodząc chociażby na wzgórze Kale – widziałam morze. Jak dla mnie BAJKA!

W moim zestawieniu, Sapadere wygrywa w rankingu na najlepszą miejscówkę znajdującą się w pobliżu Alanyi!

Teraz znajcie już moje TOP 3 miejsc, które trzeba zobaczyć, jadąc na wakacje do Alanyi. Przypominam, że samą Alanyię możecie zwiedzać razem z moim przewodnikiem po mieście, który czeka na Was TUTAJ. Nadal mam nadzieję, że świat w końcu otworzy swoje wrota, korona świrus stanie się legendą, a my znów będziemy mogli odkrywać kolejne podróżnicze karty.