Zawsze wyobrażamy sobie dane miejsce i daną sytuację, które mają się wydarzyć w przyszłości. Mamy jakieś obeznanie, zdjęcia, marzenia, ale nigdy nie wiemy, co nas rzeczywiście spotka na miejscu. Lecąc do Turcji nie byłam pewna niczego! Niby żegnałam się ze znajomymi, ale do samego końca nie wiedziałam, czy za tydzień znów nie spotkamy się w Polsce. Z jednej strony chciałam tam jechać z całych sił, a z drugiej rozsądek podpowiadał mi, że powinnam się bać tego, co przyniesie mój nowy życiowy etap.

Aby po latach mieć co wspominać, zaraz po przylocie usiadłam i spisałam wszystko, co miałam w głowie po tym, jak zobaczyłam pierwszy raz w życiu Turcję. Teraz mnie to ogromnie bawi i też dopiero teraz widzę, że przeżyłam lekki szok kulturowy mimo, że myślałam, iż od razu przyzwyczaiłam się do tureckiego życia. Teraz macie okazję razem ze mną wrócić do tamtych chwil. Hoş geldiniz!

Pierwsze kroki na tureckiej ziemi

Ja się zachwyciłam od razu. Wysiadłam z samolotu, 21 stycznia, a było CIEPŁO! Na to najbardziej czekałam i z tego się też najbardziej ucieszyłam. Parę godzin wcześniej ciągnęłam swoje walizki przez zaśnieżony Poznań, jeszcze później przez mroźny Berlin, aby wreszcie wylądować w mieście nieznającym zimy. Lotnisko było wspaniałe, wszędzie palmy, coś pięknego! Pierwszy raz w życiu miałam odprawę paszportową (nie liczyć 150 w Berlinie), przez chwilę  miałam dreszczyk emocji, czy moja wiza z ambasady na pewno jest dobra, jak również wszystkie dokumenty. Czy na pewno wpuszczą mnie do tego kraju? Uf, na szczęście się udało, przywitał mnie uśmiechnięty celnik, który wpuścił mnie do Turcji.

Czekaliśmy na walizki bitą godzinę, wychodziliśmy dosłownie ostatni, więc ja już zdążyłam przejść stan przedzawałowy myśląc, że moje bagaże zaginęły. Non stop dzwonili do mnie mentorzy, którzy niecierpliwili się, gdzie my jesteśmy. Ja nie odbierałam, bo zapłaciłabym za to miliony monet, a Internetu wiadomo, jeszcze w ogóle nie miałam.

Wreszcie się udało! Wyszliśmy na halę przylotów i poznaliśmy naszych mentorów z uczelni – mojego Erkana i Macieja Ozgecan. Byli pierwszymi osobami, które poznaliśmy na całym Erasmusie i od razu poznałam przekrój tureckich zachowań. 15 minut szukali wejścia do Izbanu, czyli drugiej linii metra, ale za to kupili nam wcześniej Izmir Kart, czyli taką turecką PEKĘ. Bez tego w Izmirze ani rusz, jeśli się nie odbijecie, to nie wsiądziecie ani do metra, ani do tramwaju, ani do autobusu, ani nigdzie. To taka pierwsza ciekawostka o Izmirze. Doładowaliśmy ją na 10tl za euro wymienione na lotnisku w Berlinie, czego nie polecam nikomu! Straciliśmy na tym kupę pieniędzy, ale przed wyjazdem nie było ani chwili, żeby znaleźć turecką walutę.

Żeby w ogóle wejść do tego metra musieliśmy kolejny raz przepuścić nasze walizki przez kontrolę, dopiero wtedy mogliśmy przejść przez bramki. To był dla mnie kolejny szok, przecież byłam już sprawdzana na lotnisku!

Jaka naiwna byłam myśląc, że 15 minut i będę w domku! Jechaliśmy tym Iznabem ponad godzinę. Dodam, że to nie była cała trasa metra! Okazało się, że to miasto jest naprawdę ogromne, ale nie miałam siły nawet o tym myśleć. Nie dawałam już rady ze zmęczenia, najgorsze było to, że wysieliśmy na stacji Karşıyaka, która okazała się być nadal daleko od naszego domu. Byłam załamana, o niczym tak nie marzyłam, jak o ciepłym prysznicu i łóżku. Byliśmy w drodze już 16 godzin.

Pierwszy KEBAB

Nasi mentorzy wpadli wreszcie na pomysł, aby zapytać nas, czy jesteśmy głodni. A byliśmy jak wilki! Przylecieliśmy do Turcji, to co my mogliśmy zamówić jako pierwsze danie ever? No oczywiście, że kebaba! Byłam w szoku, gdy zauważyłam, że ta restauracja, do której nas zabrali jest pod gołym niebem i jest ciepło! Zamówiliśmy durum za 10tl, które okazało się najgorszym, jakie kiedykolwiek jadłam. Nie jestem fanką kebabów (co ze mnie za Polka?!), jednak dobre rollo czasem i ja zjem. Ten turecki składał się z placka, raczej nie jak u nas, prędzej przypominał podpłomyka z Biskupina – gruby, suchy i spalony. W środku – baranina i pomidor. Koniec. Zero sosów, o innych warzywach nie wspomnę. Małe i niedobre, ja jeszcze ledwo to gryzłam z bólu przez aparat. Udawaliśmy oczywiście, że nam smakuje, jednak przyznałam się, że w Polsce kebab jest lepszy. Byli w szoku, że mamy w ogóle w Polsce kebaba, wytłumaczyliśmy im, że kebab to nasza potrawa narodowa i należy ją zjeść po każdej imprezie.

Idźmy już do tego domu!

Było już po 22, gdy zebraliśmy się, żeby iść dalej do domu. No właśnie – iść. Myślałam, że skoro wysiedliśmy na tym przystanku, to już bliżej, niż dalej, a okazało się, że jesteśmy daleko w polu. Szliśmy jakimś deptakiem, a’la Półwiejska, zaczął lać deszcz, byłam w szoku, bo nadal na ulicy było pełno ludzi! W niedzielę o 22, jeszcze w deszcz. Ozgecan powiedziała mi, ze Izmir to takie tureckie Los Angeles i tutaj zawsze się coś dzieje. Miałam się o tym przekonać przy piątku, a raczej zobaczyć, jaka inba pochłonie to miasto.

Doszliśmy do głównej ulicy i Erkan zaproponował, żebyśmy pojechali dalej taksówką, zgodziłabym się, nawet za 300tl, tak byłam wtedy wykończona. Tu przeżyłam kolejny szok. Kierowcy taksówek! Są kompletni szaleni, serce miałam w gardle ze strachu, gdy nas wiózł do domu. Dojechaliśmy na miejsce w 10 minut– nie słuchałam kompletnie nikogo, cieszyłam się widokami! Dookoła były palmy, a po lewej widać było brzeg morza, BAJKA!

Nasz nowy dom

W miarę szybko znaleźliśmy nasz blok, Erkan z Ozgecan odprowadzili nas prosto do mieszkania. Tam z nimi się pożegnaliśmy, a poznaliśmy za to męża i córkę Aynur (właścicielki mieszkania) i kotka – Rachel. Pan Turek zaczął nam pokazywać, jak działa zmywarka, pralka, i tak dalej. Miałam to wtedy naprawdę gdzieś, bo marzyłam jedynie o łóżku. Tu kolejny szok, szok jakby dostała w głowę cegłą. Mąż właścicielki zwracał się tylko i wyłącznie do Macieja, na mnie nawet nie spojrzał. Jakbym była powietrzem. Myślałam wtedy, że rozniosę go, co tu się dzieje?! Halo, przecież ja też tu stoję! Na szczęście, szybko zwinął żagle do siebie.

Mieszkanie jest takie samo, jak na zdjęciach, piękne, nowoczesne, wielkie i przestronne. Nasza sypialnia jest większa od całego mieszkania w Poznaniu! Także raz  w życiu mieszkam w dwupoziomowym apartamencie z trzema łazienkami!

Co mnie zdziwiło?*

Lotnisko jest tutaj przepiękne, wszystko jest przepiękne! Nowoczesne, czyste, schludne i po prostu cudowne. Metro szybkie i ładne, nie jedzie wcale pod ziemią, tylko nad i to nad samym morzem. Jedyne co, to Erkan uprzedzał nas, żebyśmy się nie przerazili, gdy o 5 rano zacznie się nawoływanie z minaretów, bo ludzie z Europy zawsze do niego dzwonią i pytają, co to jest?!

Na razie wszystko spełnia moje oczekiwania, dziwne jest to, że w ogóle nie czuje się, że wyjechałam, nie mam żadnego szoku kulturowego, jest tak, jakby po prostu tak miało być.

*21/01/2018

Tak o to minęły mi pierwsze godziny w nowym kraju. Łaknęłam nowe rzeczy wszystkimi zmysłami, non stop się dziwiłam i zachwycałam. Jednak tak, jak napisałam wtedy – od razu poczułam, że znajduje się w odpowiednim miejscu, jak u siebie.